Seventh

16.lipica.2010 || 23:45

Tak, zmieniłam szablon. Tak, dodałam nową notkę. Wiem, wiem. Długaśnie straszecznie na nią czekaliście, ale o to jest. Dodana, dokładnie po...roku?! Cholercia, to długo rzeczywiście mnie nie było. Ale zdołałam zauważyć komentarze, wktórych dostałam zastrzyk dopingu, abym dalej pisała. No i oto jestem ja, wasza Dynia z nowym świeżym towarem. I choć nie obiecuję, postaram się teraz dodawać częściej notki.

Wasza zdeczka tym płynącym czasem zszokowana
A. Pumpkin

PS:Na tym szablonie notki wydają się zdeczka króciutkie xD




Jackson stał odwrócony do mnie plecami, a ja słuchałam, co moja matka ma mi do powiedzenia. Byłam zdenerwowana, ale ona bardziej ode mnie. Bo widzicie, w szkole jest taka jedna, Elena, z którą strasznie się nienawidzimy. To ona chcąc być „dobrą i troskliwą” koleżanką zadzwoniła do mojej mamy z wiadomością, że widziała mnie z jakimś mężczyzną i jak wsiadam do jego samochodu. Teraz dostawałam wspaniały ochrzan i nakaz natychmiastowego, bez sprzeciwu powrotu do domu. Nawet nie dało jej się wyjaśnić, że to tylko Jackson. Rozłączyłyśmy się. Westchnęłam, smutniejąc. A było, kurde, tak pięknie!
-I co?- spytał chłopak, siadając koło mnie na łóżku. Oparłam swoją głowę o jego ramię.
-Muszę wracać do domu…-zamknęłam oczy, jakbym w tym samym momencie dostałam po twarzy. Jackson objął mnie czule ramieniem i pocałował w czoło. Moja kochana mamuśka potrafiła zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy po prostu wszystko zepsuć.

Jackson odwiózł mnie prawie pod sam dom, tak jak go prosiłam. Nie chciałam, żeby mama widziała jakim samochodem przyjechałam. Miała bardzo dobrą pamięć fotograficzną.
-Będzie dobrze…-odparł, głaszcząc mnie delikatnie po policzku. Uśmiechnęłam się, po czym wysiadłam i ruszyłam do domu. Gdy tylko minęłam próg, zwierzyna na mnie naskoczyła.
-Co ty sobie myślałaś?!
Stałam wyprostowana, z rękoma zaciśniętymi w pięści i zamkniętymi oczami. W myślach modliłam się o najlepsze i czekałam, aż wybuch się skończy.
-Czy ty sobie wyobrażasz jak ja się bałam?! O mało zawału nie dostałam przez Ciebie dziewczyno! Jesteś głupia gówniara! Nieodpowiedzialna! Jeszcze chwila i bym po policje dzwoniła.
Otworzyłam szybko oczy i spojrzałam na nią morderczym wzrokiem. Była cała czerwona na twarzy, a jej gałki oczne mało co nie wyszły z orbit.
-I co z tego?- warknęłam przez zaciśnięte zęby.- Przecież odebrałam telefon. Nic mi nie jest jestem cała…
-MASZ SZLABAN!
Czy powiedziała coś więcej? Tego nie wiem. Gdy tylko usłyszałam te słowa, pobiegłam na górę i z hukiem zatrzasnęłam drzwi od swojego pokoju. Cała kipiałam ze złości. Ta kobieta doprowadza mnie do szału! Spojrzałam przez okno na zachmurzone niebo. I znowu miało zacząć padać.
* * *
Każdy dzień zaczął u mnie wyglądać tak samo. W kółko tylko dom, szkoła, dom, szkoła i tak dalej i tak dalej. Nigdzie nie wychodziłam, bo przecież w końcu wiedźma zwana moją matką dała mi szlaban. A na nic zdały się prośby ojca, aby dała sobie spokój. Nie, teraz najważniejsza była moja siostrzyczka. Do ślubu Vickie było coraz bliżej, a jej już przeszło błogosławienie wszystkich i wszystkiego dookoła, a pozostał strach. Teraz byłam narażona w domu na pytania typu „A co jeśli zemdleję?”, albo „A co jeśli on ucieknie sprzed ołtarza?”. Chciałabym to zobaczyć, jak pan młody ucieka sprzed ołtarza. Nakręciłabym to na kamerze i wypuściła w obieg, jako film pod tytułem „Widziałeś uciekającą pannę młodą? To teraz zobacz uciekającego pana młodego!”. W zasadzie zamiast uciekającego pana młodego mogłoby być „tego frajera”. Nie, no tak do końca nic nie miałam do Charlesa. Był po prostu dla mnie trochę za…pedziowaty. Lubi solarkę, manicure, pedicure, żel do włosów i Bóg wie co jeszcze! Wpienia mnie to od dnia, w którym przekroczył próg naszego domu. Pomyślałam sobie wtedy „Boże! Moja siostra już całkiem zwariowała. Ona chodzi z gejem.”. Jakieś dwa lata później pojawiła się inna myśl „Boże! Ona wychodzi za tego geja!”. Nie żebym miała coś do homoseksualistów. W szkole, w ławce obok siedzi mój najlepszy kumpel, Josh. Josh jest gejem. Jest zabawnym homoseksualistą i najlepszym przyjacielem kobiety. Ale nie wygląda jak Charles, dzięki któremu bardzo często mam odruch wymiotny. Przeraża mnie. Gdyby pojawił się w naszej rodzinie znacznie wcześniej pewnie bym miała koszmary senne. Zamiast faceta z piłą, byłby Charles w różowej koszuli z sprayem do włosów w ręce i mówiący „Teraz zrobimy najcudowniejszą fryzurkę na świecie, hm?”. Co noc bym budziła się z wrzaskiem.
Jakiś tydzień po otrzymaniu szlabanu, zniesiono go. Nie wiem, czy to dzięki ojcu, czy mamuśka po prostu zmiękła. Później wyszło na jaw, że to moja siostra się do tego przyczyniła. Chciała mnie „wypożyczyć” na załatwianie spraw po za domem. Na nic zdały się moje błagania o przywrócenie szlabanu. Mama była nieugięta. Wredna! Wiedziała, że wypady z siostrą są dla mnie większą karą. Tylko dwa razy udało mi się uciec od jej szponów i pomógł mi w tym tata. Jacksona nie widziałam już z dobry kawał czasu i zaczynałam się martwić. Nawet nie zadzwonił. Niestety nie miałam jak się wyrwać, aby zajrzeć do kawiarni. Cholerna histeryczka w ciele mojej siostruni odbierała mnie spod szkoły i aż do wieczora nie było nas w domu. Raz, szczerze mogłabym przysiądz, że raz pod szkołą widziałam Jaguara mojego ukochanego. Potem już się nie pojawiał. Czas się dłużył niemiłosiernie, a ja myślałam, że już nie z każdym dniem, a każdą godziną jestem coraz bliższa umieszczenia mnie w wariatkowie. Pewnego dosyć słonecznego dnia, wróciwszy z powaloną siostrzyczką dosyć późno do domu, spostrzegłam, że na mojej sekretarce telefonicznej w pokoju znajduje się nagrana wiadomość. Z nadzieja rzuciłam się do odsłuchiwania się i tym razem się nie zawiodłam. To był Jackson. Chciał abyśmy spotkali się o północy na rogu, niedaleko mojego domu. Byłam tak podekscytowana, ale nie dawałam po sobie poznać przy rodzinie. Jeszcze by mamuśka coś poznała po mojej twarzy i pewnie by stała ze strzelba na podwórku i tylko czyhała, aż jej mała uciekinierka wyłoni się z domu. Było w pół do północy, gdy w domu zrobiło się idealnie cicho i pogasły wszystkie światła. Gdy było pięć minut do północy, nakryłam łóżko poduszkami i narzuciłam na to kołdrę, żeby wyglądało to tak jakbym nadal pod nią spała. Moja matka była na tyle naiwna, że gdyby wstała w środku nocy to by się nabrała na ten numer. Powoli i po cichu wyszłam z domu przez okno i zsunęłam się na podwórko po rynnie. Biegłam. Biegłam na spotkanie z moją miłością. W myślach karciłam się, ze jestem wariatką i jeśli będę z powrotem biegła do domu i jeśli mnie nakryją, to ciekawa byłam co ja spocona powiem. Przepraszam, wyszłam spod prysznica, myłam się w ubraniu? Gdy znalazłam się na rogu ulic moje serce waliło jak szalone. Po chwili po drugiej stronie pojawiły się jasne światła samochodu. Auto stanęło przy krawężniku i zgasło. Usłyszałam lekki trzask drzwiami i szczęk kluczy. Po chwili na środku ulicy pojawiła się znajoma postać, a łzy same cisnęły się do oczu. To był mój Jackson.
-Mel…-odezwał się z lekką chrypką i wyciągnął w moją stronę ramiona. Niewiele widząc przez łzy, które leciały mi z oczu, podbiegłam do niego jak najprędzej i rzuciłam mu się na szyję. Znów poczułam jego zapach, jego ciepło. Przycisnął mnie do siebie mocniej, zatapiając swoja twarz w moich włosach.
-Mel…moja mała, piękna Mel…-szeptał, całując moją głowę. Płakałam, ściskając go coraz mocniej i czując się najszczęśliwszą osobą na świecie. Gdy spojrzałam w górę ujrzałam jak patrzy na mnie czule swoim głębokim spojrzeniem. Uniosłam się lekko na palcach i pocałowałam go w jego delikatne usta. Jackson zacisnął swoje ramiona mocniej na mnie i zaczął namiętnie całować. Ja, głupia myślałam, że o mnie zapomniał. A on tęsknił tak samo za mną, jak ja za nim. I znowu zaczął padać deszcz…
***
Jakoś udało mi się wspiąć na dach i wślizgnąć do mojego pokoju, ale nie było łatwo, kurczę. Miałam szczęście, ze nie krzyknęłam, gdy zdałam sobie sprawę, ze ktoś siedzi na moim łóżku.
-A dokąd to panienka chodziła o tak później porze?- odezwał się z mroku chrapliwy głos mojego ojca. Jemu nigdy nie byłam w stanie kłamać. Był moim najlepszym przyjacielem. Na niego zawsze mogłam liczyć.
-Spotkałam się z Jacksonem…-odparłam, siadając obok niego na łóżku. Objął mnie delikatnie ramieniem i przytulił do siebie.
-To twój kawaler?
-Tak, ojcze.
Usłyszałam jak się uśmiechnął, po czym pogładził mnie ręką po ramieniu.
-Wierzę, że chciałaś bardzo się z nim spotkać.- westchnął, patrząc na swoje kolana.-Ale takie wymykanie się w nocy z domu…mało co nie dostałem zawału, a przy moim dzisiejszym stanie zdrowia…
-Tak, wiem tatku.- nie dałam mu dokończyć, ale wiedziałam co chciał mi powiedzieć.-Przepraszam z całego serca.
-Połóż się spać, dziecinko.- ucałował mnie delikatnie w czoło, po czym wstał i wyszedł z pokoju. Uśmiechając się lekko dziękowałam Bogu za takiego ojca. Matka niczego się nie dowie. Ojciec jej nie powie, bo wie jaka może być reakcja, a sam ją nazywa „ta stara histeryczka”. Przebrałam się po cichu w pidżamę i położyłam do łóżka. Zasnęłam uśmiechając się do budzika.

A. Pumpkin

Sixth

13.czerwca.2009 || 22:18

Romansidło!Piszę romansidło!Garbate gargulce!Na gatki Merlina!Pocałunki,sekreciki..."Rodriguez zdradził Selenę i jest jej źle!".Haha!Sama zaczynam się z tego śmiąć.No ale macie tą kolejną cześć mego opo ^^.I nadal będę podła.A jak!Nadal będę ucinać w najlepszych momentach.Buahahahaha!

Wasza zadowolona z siebie
A. Pumpkin




Pierwsze co usłyszałam to odgłos gotującej się wody w czajniku elektrycznym. Leżałam na czymś miękkim. Otworzyłam powoli oczy i zamrugałam. Wszystko wkoło było takie jasne, a we mnie wpatrywała się para ciemnych oczu.
-Jak się czujesz?- chłopak zapytał mnie z lekkim strachem w głosie. Zamknęłam oczy i jeszcze raz je otworzyłam.
-Co…co się stało?- poruszyłam delikatnie rękoma.
-Zemdlałaś…-szepnął Jackson. Za jego plecami dostrzegłam jakiś ruch. Do łóżka, na którym leżałam podeszła starsza kobieta. Była ładna, pomimo zmarszczek mimicznych. Jej ciemne oczy wpatrywały się we mnie z troską. Znajome ciemne oczy. Oczy Jacksona.
-Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej.- odezwała się z czułością w głosie. Wydawała mi się być prawdziwą matką, z prawdziwego zdarzenia. Podniosłam się ostrożnie na łokciach i poczułam jak do policzków napływa mi krew.
-Tak…dobrze…jest Ok...-paplałam bez sensu, to co mi ślina na język naniosła. Kobieta delikatnie się uśmiechnęła. Spojrzałam na Jacksona, ale ten tylko wpatrywał się martwym wzrokiem w ścianę obok szafki. Dyskretnie położyłam swoją dłoń na jego i wtedy na mnie spojrzał. Z jego oczu wyczytałam jedyne słowo: przepraszam.
-Pewnie zgłodniałaś.- zachichotała jego matka, odwracając się w stronę kuchni. Fakt. Czując wspaniały zapach spaghetti mój brzuch dał o sobie znać. Kurcze, chciałam się zapaść pod ziemię. Spaliłam się ze wstydu. Gdy kobieta podeszła do kuchenki, chłopak lekko się do mnie przysunął.
-Przepraszam…-szepnął do mnie.-Nie spodziewałem się, że akurat dzisiaj wpadnie. Zazwyczaj wpada w weekendy.
-Nic się nie stało.- poklepałam go po dłoni, chcąc go pocieszyć, dodać otuchy. Wprawdzie, mnie by się to przydało. Jackson posłał mi swój figlarny uśmiech.
-To może nas sobie przedstawisz, skarbie?!- zawołała jego mama z kuchni. Chłopak zaklął cicho pod nosem i wstał z łóżka. Poszłam w jego ślady i po chwili staliśmy obok siebie.
-Mamo…-Jackson ostrożnie dobierał słowa.-To jest Melanie, moja bardzo dobra znajoma.
Coś mnie ukłuło w sercu. Kobieta spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Byłam ciekawa jak musi wyglądać mój wyraz twarzy po tych słowach. Oparła ręce na biodrach, w prawej dłoni trzymała drewnianą łyżkę. Spojrzała srogo na swego syna.
-Że co?- zapytała lekko podniesionym głosem.
-O co Ci chodzi?- Jackson cofnął się delikatnie, będąc w szoku.
-Mnie się wydaje, że ta młoda, piękna kobieta nie jest tylko twoją bardzo dobrą znajomą.- odparła z sarkazmem, wymachując groźnie drewnianą łyżką.
-Ale kiedy tak jest…-szepnęłam, próbując powstrzymać łzy. Jackson spojrzał na mnie ze smutkiem.
-Nie okłamuj samej siebie, kochana.- kobieta spojrzała na mnie z troską.
-Przepraszam…-wyszeptałam i minęłam Jacksona zmierzając do łazienki. Gdy się w niej znalazłam, łzy mi popłynęły po policzkach. Zachodziłam, dlaczego chłopak nie chciał przyznać się własnej matce co nas łączy. Zresztą, ona widziała, ze pomiędzy nami iskrzy. A on, głupi, starał się to ukryć. Zza zamkniętych drzwi usłyszałam jak ze sobą rozmawiają. Nie chciałam tego podsłuchiwać, tak nie ładnie, ale nie trudno było tego słyszeć.
-Własnej matce kłamać, Jackie…-westchnęła kobieta.-Nie tego cię uczyłam.
-A co ja mam ci powiedzieć, co?- mruknął do niej.
-Że to Twoja dziewczyna czy coś w tym rodzaju…
-Jak my nawet…
-Jesteś pewien? Bo ja to, synku widzę inaczej. Gdybyś zobaczył jak ona na Ciebie patrzy. Z takim uczuciem. W twoich oczach widać to samo.
-Nie będziesz mi wmawiać, co ze mną jest. Chyba sam to dobrze wiem.- nie spodobał mi się jego podniesiony głos. Jednak jego matka nie przejęła się tym ani trochę. Twarda kobieta pomyślałam, słuchając dalej rozmowy pomiędzy nimi, a łzy nadal leciały mi po policzkach. Nie potrafiłam ich powstrzymać.
-I dalej kłamiesz, Jackie.- westchnęła.
-Zrozum, że pomiędzy mną, a tą dziewczyną…-westchnął.- To nie powinno się nigdy zacząć. Nigdy nie powinienem jej spotkać. Nie powinienem do niej zagadywać.
-To już lepsze, synku niż to, że musiałam się od innych dowiadywać, ze prawie każdy dzień spędzałeś w barze.
-Nie ingeruj w moje życie, błagam cię!
Usłyszałam jak drewniana łyżka uderzyła o blat w kuchni.
-Czy ty uważasz, ze nie zasługujesz na miłość w swoim życiu?!- kobieta najwyraźniej straciła cierpliwość. Rozumiałam ją w tej chwili. Zakryłam sobie uszy rękoma, ale niestety. To nic nie dało. Nadal słyszałam ich kłótnię.
-Tak?! A powiedz mi co się stało z Cindy i ze mną? Rozstaliśmy się zanim jeszcze doszedłem z nią do ołtarza!
Otworzyłam ze zdziwienia oczy. A więc tak to wyglądało! On nie był dla niej nową zdobyczą. Ona go chciała mieć z powrotem. Do moich oczu naleciało więcej łez.
-To nie była kobieta dla ciebie…-mruknęła jego matka.
-Tak…bo się nie pojawiłem na próbie ślubu i potem zadzwoniłem do niej z Arizony, ze to koniec! Urocze! Zaprawdę, mamo!- Jackson prychnął.
-Ale co to ma do tej dziewczyny?- zdziwiła się.
-Nie chcę, by to się tak skończyło. Ona jest inna. Ją łatwo zranić. Ja nie chcę…nie byłbym nawet w stanie. Mamo, Mel zasługuje na kogoś innego.
-Nie jesteś swoim ojcem…
W jej głosie usłyszałam ból. Bałam się, że i ona zaraz zacznie płakać. Usłyszałam, jak kobieta kilka razy westchnęła. Po chwili usłyszałam jej kroki w stronę drzwi, które się otworzyły i zamknęły. Jackson stał jeszcze chwilę, ciężko oddychając. Po chwili krzesło zaszurało o posadzkę. Uchyliłam delikatnie drzwi od łazienki. Siedział tam, przy stole, opierając ręce o blat. Twarz miał zasłoniętą dłońmi. Wysunęłam się powoli do mieszkania.
-To może…ja już pójdę…- szepnęłam, mając lekką chrypkę. I wtedy odwrócił się w moją stronę. Płakał. Ścisnęło mnie w gardle. W jego oczach pojawił się strach. Znowu zaczęłam sobie wyobrażać jak ja muszę wyglądać. Jackson powoli wstał z krzesła i podszedł do mnie, po czym czule objął.
-Przepraszam…- szepnął, wtulając twarz w moje włosy.-Przepraszam za wszystko, Mel…
I wtedy to się stało. Rozpłakałam się na dobre. Moczyłam mu koszulkę, ale on się tym najwyraźniej nie przejmował. Głaskał mnie rytmicznie po włosach.
-Kocham cię, moja słodka Mel i nie chcę ciebie ranić.- westchnął. Nie spodziewałam się takich wyznań! Mojej reakcji ani ja nie przewidziałam, ani on. Oderwałam głowę od jego klatki piersiowej i przycisnęłam swoje usta do jego.
-Mel…-szepnął delikatnie zszokowany, ale po chwili i on zaczął mnie całować. Poczułam, że moje stopy odrywając się od podłoża i po chwil znowu leżałam na jego miękkim łóżku. Niech się dzieje, co chce szepnęłam w myślach. Jackson całował moją szyję, moje dłonie, moje usta. Był wszędzie. Jego ręce błądziły po moim ciele.
-Kocham cię, Jackie…-szepnęłam.- Nie karz mi cierpieć, nie zostawiaj mnie.
W moim głosie usłyszałam delikatny szloch. Ja naprawdę nie chciałam się z nim rozstawać. Chłopak spojrzał na mnie i czule pogłaskał po policzku.
-Już zawsze…-szepnął, nachylając się do mego ucha. Przytuliłam go do siebie mocniej. I wtedy w mojej kieszeni zawibrował telefon.

A. Pumpkin

Fifth

6.czerwca.2009 || 23:03

No rzesz się rozpisałam.Uff!Ale tak to jest.Pisałam,pisałam...i pisałam.No i pisać przestać nie chciałam.Bo to by w nie tym momencie się skonczyło co trzeba,a bo to nie takie zakończenie,a bo za krótko...ta,to się nazywa mętlik w głowie.No,ale udało mi się!Oto kolejna część.Oby wam się dobrze czytało.A ja chyba zaraz pójdę w kimę.

Wasza padająca z nóg
A. Pumpkin




Kap, kap, kap!
Wiecie co? Ja już pierdolca dostaje! Znowu pada. Jakby to minęły wieki od ostatniego deszczu. A ja, biedna istota ludzka siedzę w szkole i musze słuchać durnego wykładu polonistki. Nie, no moment. Ja jej w ogóle nie słucham. Po prostu jak zahipnotyzowana wpatruję się w krople uderzające o szyby w oknach.
Kap, kap, kap!
Pierdolec, pierdolec, pierdolec…Monotonne, czyż nie tak? Pogadałabym sobie z Moną, ale ona leży w domu na dywanie przed kominkiem. Tak, to właśnie mój pies. A jest fajny, bo zawsze da mi się wygadać i słucha mnie.
Kap, kap, kap!
Ale jest jeszcze ktoś z kim z jeszcze większa chęcią bym porozmawiała. I tak nagle przed oczyma pojawia się mi jego twarz. Te czarne włosy, delikatnie rozczochrane na głowie. Te ciemne oczy, w których mogłabym utonąć. Ten figlarny uśmiech, te spojrzenie, te…Dobra, popadam w lekką szajbę. Już gdzieś tak od tygodnia non stop o kolesiu myślę. Jackson nagle został okrzyknięty przez mój umysł jako centrum wszechświata.
-Uważaj, bo Cię spyta…-usłyszałam szept Katie koło ucha. Miała rację. Lepiej uważać niż potem przynosić rodzicom wieści o złych ocenach. Gdy lekcja dobiegła końca, byłam naprawdę szczęśliwa. Jeszcze pewnie spytacie czemu? Bo była to moja ostatnia lekcja w tym dniu. Po szkole-jak zwykle-chciałam zajść do kawiarni. Wiedziałam, ze Jackson tam będzie. Musiał tam być. To był mój…nasz nowy rytuał. Wystrzeliłam jak proca ze szkoły, gdy nagle na kogoś wpadłam. Chwiejąc się lekko, przytrzymałam się za głowę.
-Przepraszam…-wydusiłam.-Ja nie chciałam…
-To ja przychodzę do Ciebie pod szkołę, a ty mnie bijesz?
Ten głos rozpoznałabym wszędzie. Jackson spoglądał na mnie swoimi ciemnymi oczami, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Delikatny wiatr targał leciutko jego włosami. Uśmiechnęłam się szerzej.
-Miałeś na mnie czekać w kawiarni.- odparłam z westchnieniem w jego stronę. Przewrócił tylko oczami.
-Uznałem, że jeśli zajdę po Ciebie pod szkołę, to będzie fajniej.- zaśmiał się delikatnie. Był przy tym taki czarujący.-Zresztą dziś nie idziemy do kawiarni.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem. A gdzie mogliśmy indziej iść, jak nie do kawiarni? Dobrze wiedział, że ja do parku się nie wybieram, bo źle mi się kojarzy. Złe wspomnienia. Wiec u licha, gdzie on chciał iść? Stałam tak przez dłuższą chwilę w ciszy, dopóki pierwszy się nie odezwał.
-Pójdziemy do mnie, dobrze?
Zatkało mnie! Jeszcze tak nie dawno mówił, że to zły pomysł. Że sąsiedzi będą coś podejrzewać. A on tu nagle mi z takim tekstem…Rozdziawiłam usta.
-Albo i nie…-zmarkotniał, widząc moją reakcję.
-Nie, to wspaniały pomysł!- o niczym innym tak nie marzyłam.- Możemy iść i to natychmiast.
Zaśmiał się delikatnie.
-W zasadzie pojedziemy tam, bo z dojściem to kawał drogi.
Przytaknęłam i ruszyłam powoli w stronę przystanku autobusowego. Chwycił mnie delikatnie za ramię i obrócił w swoją stronę. Co tym razem? pomyślałam, przypatrując mu się z ciekawością. Obrócił mnie jeszcze raz tak, że stanęłam twarzą do parkingu. I wtedy zrozumiałam do czego piał. Przeczesałam wzrokiem parking, w poszukiwaniu samochodu, którego jeszcze nigdy tu nie widziałam. Mój wzrok padł na czarnego Jaguara.
-Czy ty…-zatkało mnie.
-Co czy ja?- zachichotał.- Chodzi Ci to, czy ja prowadzę? Tak się składa, że stać mnie na wyrobienie prawka i samochód.
-Nie, nie…-to doskonale wiedziałam.- Czy ten Jaguar…
Nadal nie potrafiłam poprawnie się wyłowić. Stałam tylko osłupiała, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Jackson popatrzył przez chwilę na mnie z uśmiechem, po czym delikatnie się trzęsąc ze śmiechu pociągnął mnie za rękę w stronę lśniącego samochodu. Zatrzymał mnie przy drzwiczkach pasażera, a sam w podskokach ruszył za kierownicę. Stałam jak wryta, nie wiedząc do ze sobą zrobić. Wsiadaj, głupia! Usłyszałam delikatny głosik w swojej głowie. Jackson otworzył mi drzwiczki i skinął do mnie dwoma palcami w zapraszającym geście. Usiadłam wygodnie, zamykając za sobą drzwi. Chłopak przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył ostrożnie z miejsca parkingowego. Silnik delikatnie mruczał, niczym oswojony kot. Jechaliśmy w stronę przedmieść, mijając duże biurowce. Na samym wschodzie miasta stały warsztaty, studia tańca, jeden kościół, kilka małych domków i stare budynki mieszkalne. Pod jednym z takich budynków zatrzymał się właśnie Jackson.
-Czekaj, czekaj…-zasępiłam się lekko. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Słucham?
-Jeździsz lśniącym Jaguarem, o którym wielu ludzi może śnić, a mieszkasz…tutaj?!- wskazałam obydwiema rękoma na budynek, delikatnie podnosząc głos ze zdziwienia.
-Uwierz mi…-znowu się zaśmiał.- Z zewnątrz wygląda gorzej niż w środku. To taki…-zamyślił się na chwilę.- Kamuflaż. Tak, to dobre określenie. Powiem tak: wskaźnik włamań i kradzieży tutaj wynosi wielkie, okrągłe zero.
Po wyjaśnieniu mi tego wszystkiego, wysiadł z samochodu, a ja poszłam za jego przykładem. Gdy włączył alarm, wyciągnął w moją stronę dłoń. Uchwyciłam ją swoją, czując delikatny dreszczyk. Jackson pogładził mnie kciukiem po wewnętrznej stronie dłoni i ruszył w stronę dużych drzwi, prowadzących na klatkę schodową. Wjechaliśmy windą na samą górę. Gdy wysiedliśmy, chłopak podszedł z kluczami do drzwi naprzeciwko. Stąpałam za nim cicho, niczym cień. Nagle po prawej stronie otworzyły się inne drzwi i wyjrzała przez nie kobieta około czterdziestki.
-Jackson!- zaszczebiotała w jego stronę. Chłopak odwrócił się do niej i uśmiechnął się szeroko.
-Pani Malcom.- odpowiedział jej entuzjastycznie.- Jak się pani miewa?
-Wspaniale, chłopcze, wspaniale.- jej wzrok spoczął na mnie. Jackson spojrzał najpierw na kobietę, potem na mnie i znów na nią.
-A…-odchrząknął delikatnie.-To jest Melanie. Mel, to jest pani Malcom. Moja serdeczna sąsiadka.
Pani Malcom skinęła do mnie głową, na co ja się delikatnie uśmiechnęłam.
-Twoja narzeczona, co?
Chłopak cały zesztywniał i ja też. Posłaliśmy sobie znaczące spojrzenie. Coś kliknęło w zamku i drzwi do jego mieszkania były już otwarte. Odchrząknął ponownie, wpatrując się w swoje dłonie i przebierając w nich kluczami.
-To nie tak…-szepnął w stronę starszej pani, ale ona tylko puściła do niego oko i zniknęła w swoim mieszkaniu. Czułam, że się cała czerwienię. Jackson zaprosił mnie jednym gestem do środka. Gdy minęłam prób, musiałam w sobie zdusić porządne westchnięcie. W mieszkaniu było bardzo jasno. Naprzeciwko mnie w ścianie osadzone było półokrągłe okno, dotykające samej podłogi, a przez nie można było zobaczyć okoliczne domki. Mieszkanie było zrobione niczym duży warsztat, czyli jako jedne pomieszczenie. Po mojej lewej stronie stał duży, kwadratowy, szklany stół, a przy nim cztery metalowe krzesła. Za stołem widać było piekarnik, zlew, lodówkę, szafki. Innymi słowy: jadalnia połączona z kuchnią. Przy półokrągłym oknie stała duża sofa w kolorze ekri, były także fotele do niej pasujące. Na ścianie naprzeciw sofy wisiała plazma. Tu i ówdzie, co kilka metrów wisiał jakiś obraz, a na małym stoliczku do kawy pod plazmą stało kilka kwiatów. Z sufitu zwieszały się staromodne żyrandole. Po prawej stronie za niewielkim filarem stało duże łóżko, nakryte białą pościelą. Obok łóżka stały dwie szafki nocne, pod ścianą spora szafka z półkami na książki i stereo. Były także dwa stojaki na płyty. Bliżej drzwi na niewielkim stołeczku, pokrytym białym materiałem stała misa z owocami, a naprzeciw niej sztaluga. Na sztaludze niedokończone dzieło mego przyjaciela.
-Skromnie się urządziłem.- mruknął Jackson, drapiąc się za głową.- Zdejmij tylko proszę buty. Nie chce znowu czyścić dywanów.
Dopiero teraz zauważyłam na podłodze trzy niewielkie dywany. Dość włochate, przypominały małe, rozpłaszczone owieczki.
-I ty mi wmawiasz, że tu jest skromnie?- zachichotałam, zdejmując trampki. Jackson posłał mi błagalne spojrzenie, po czym ruszył do kuchni.
-Czuj się jak u siebie…-odparł, grzebiąc w lodowce. Ruszyłam powoli w stronę sofy. Gdy się przy niej znalazłam, dotknęłam jej delikatnie ręką. Skóra. Skromnie? Phi! Też m coś.
-I jak wrażenie?- podskoczyłam lekko, gdy usłyszałam jego głos za sobą. Nawet nie słyszałam jak się zbliżał.
-Jest lepiej niż się spodziewałam.- uśmiechnęłam się delikatnie do niego. W jego oczach ponownie zapalił się delikatny płomień. Stał tak blisko mnie, ze byłam w stanie czuć bijące od niego ciepło. Nigdy jeszcze nie staliśmy tak blisko siebie. Nasze ciała niemal się dotykały.
-To ja…puszczę jakąś muzykę…-wydał się lekko zmieszany. Odsunął się ode mnie i podszedł do wierzy stereo. Włączył jakąś płytę, a po pomieszczeniu rozległy się pierwsze odgłosy fortepianu.
-Arabesque…-szepnęłam, zamykając oczy.
-Claude Debussy…-zakończył za mnie Jackson, powoli do mnie podchodząc. Nie zdążyłam nawet w pełni zareagować, gdy uchwycił mnie oburącz za biodra i przyciągnął do siebie. Otworzyłam oczy i zdumiałam się, widząc, że nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry. Moje serce zaczęło bić jak szalone.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo przyćmiewasz uroki tego miejsca…-zamruczał, zamykając powoli oczy. Mój oddech stał się jakiś taki głębszy. Boże, dziewczyno! Opanuj się! Jackson otworzył oczy, przypatrując mi się z czułością. Dopiero po chwili zauważyłam, że odległość pomiędzy naszymi twarzami zmalała o kilka centymetrów.
-Nawet nie wiesz, jak mi z tobą dobrze…-szepnął do mnie, uśmiechając się delikatnie. Po chwili, przy akompaniamencie fortepianu nasze usta złączyły się. Nie mogłam uwierzyć, ze to działo się naprawdę. Byłam teraz sam na sam z Jacksonem. Był on tak delikatny, gdy mnie całował. Czułam się przy nim najszczęśliwszą osobą na świecie. Nasz pocałunek mógłby trwać wiecznie, gdyby nie odgłos dzwonka do drzwi. Oderwaliśmy się od siebie, a chłopak spojrzał pochmurnie w stronę dźwięku. Ktoś ponownie nacisnął na dzwonek.
-Kto u licha…-mruknął niezadowolony do siebie, powoli mnie puszczając. Podszedł spokojnym krokiem do drzwi i spojrzał przez wizjer. Nagle całe jego ciało zesztywniało i rzucił mi przerażone spojrzenie. Kto to u licha mógł być, że wzbudził w nim strach? Zaczynałam się poważnie bać. Jackson ostrożnie przekręcił zamek w drzwiach i je otworzył. W progu stanęła osoba, której tutaj się najmniej spodziewałam. Wątpiłam kiedykolwiek, że ją poznam. Ale ten dzień jednak nadszedł i to akurat dzisiaj. To przenikliwe spojrzenie, ta spuszczona głowa ukochanego, moje zdziwienie. Te oczy, tak dobrze znane mi oczy, wpatrzone we mnie.
-Mam nadzieję, ze nie przyszłam w nieodpowiednim czasie…-zdołałam usłyszeć melodyjny głos, nim ogarnęła mnie ciemność.

A. Pumpkin

Fourth

3.czerwca.2009 || 21:30

Po pierwsze:PRZE-PRA-SZAM!Excusez-moi,że musieliście tyle czekać na nową notkę.Ja po prostu nie mam nawet wystarczająco czasu dla swojego chłopaka.Bo istnieje coś takiego jak szkoła,takie coś do czego się uczęszcza do co najmniej 20 roku życia.Tak się składa,że to już w przyszłym roku czeka mnie matura, a teraz mam wystawienie ocenek z przedmiotów.A tak jakoś się składa,że w mojej szkole,w elektryku oceny wystawia się do poniedziałku(a wtedy czeka mnie werdykt czy zdałam z fizy i odpowiadanie z chemii,by mieć tróję).No,ale dosyć ględzenia o moim życiu osobistym.Nie po to tu jesteście,c'nie?A po drugie sorry,że część opo krótka,ale jak już mówiłam:szkoła i obowiązki wobec chłopaka.

Chylę czółka,całuję rączki,nóżki i policzki
Wasza zabiegana A.Pumpkin

PS:Tak,Shenae. Tak właśnie jest-znęcam się nad wami.Buahaha!Nie no żartuje.Po prostu lubię ten dreszczyk wyczekiwania.Jak ja muszę czekać na te wszystkie opowiadania to i wy se poczekacie.Wybacz mi,kochana,ale taka natura ma.




Stał tam. Wysoki, lekko zgarbiony, jakby czegoś się bał. Kącik jego ust lekko się uniósł, po czym szybko opadł. Ciekawiła mnie jego reakcja, lecz nie dałam po sobie tego poznać.
-Cześć…-rzuciłam krótko w jego stronę, przystając na najniższym stopniu schodów.
-Witaj…-odpowiedział mi prawie szeptem. Spojrzałam znacząco na matkę, ale ona już była zajęta naszym gościem. No tak! To był jej zwyczaj. Zaczep. Uwieś się na ramieniu. Pociągnij za sobą. Dzięki tej taktyce wiedziałam jak zdobyła ojca. Po prostu się na nim uwiesiła. Proste! Wywróciłam tylko oczyma i ruszyłam za nimi do jadalni. Nie wiem, czy Jackson był tylko gentlemanem, czy chciał się tylko popisać przy moich rodzicach. A może starał się, bym puściła w niepamięć nasze ostatnie spotkanie? Sama już nie wiedziałam co o tym myśleć. Po prostu chłopak odsunął dla mnie krzesło i dla mojej matki. Wiem, wiem zaraz będzie „ale się wysilił!”, ale to jednak było coś. Miałam mętlik w głowie. Gdy skończyliśmy jeść, ojczulek zaproponował przejście do salonu, a mama kawę. Pomyślałam o jednym i drugim. Przesiadówka z ojcem w salonie nie należała do przyjemności. Nawet gdybyśmy wybrali salon to mamuśka przyniosłaby kawę, a jakbyśmy wybrali kawę to i tak potoczylibyśmy się do salonu. Ja miałam inną opcję.
-Jackson…-popatrzyłam na niego, a on słysząc swoje imię podniósł wzrok.
-Tak?
-Pójdziemy na spacer?- starałam się brzmieć obojętnie. Uśmiechnął się lekko i przytaknął. Wstaliśmy, grzecznie dziękując za posiłek i ruszyliśmy do drzwi. I znowu pochwalił się swoimi manierami. No jaja z tym człowiekiem! Gdy byliśmy już na zewnątrz poczułam się lekko rozluźniona. Chłopak szedł koło mnie, nie odzywając się i wpatrując w swoje buty. Nie chciałam brać z niego przykładu, wiec jak głupia zaczęłam się rozglądać dookoła. Westchnienie. Tylko tyle zdołał z siebie wyrzucić? Jedno marne wypuszczenie powietrza z płuc. Niczym balonik, który nie chce być już nadmuchany. Żałosne! Szliśmy i szliśmy tak bez końca. No, ale co ja się dziwiłam? W końcu to był spacerek.
-Człowiek to dziwne stworzenie…-zaskoczył mnie odzywając się nagle.-Szybko się przywiązuje i zawsze tęskni.
Mówiąc to spoglądał na mnie z uśmiechem. Nie potrafiłam gościa rozszyfrować.
-No i?- moje pytanie zabrzmiało trochę zbyt agresywnie, co zbiło trochę chłopaczka. Odwrócił wzrok, patrząc przed siebie.
-Wyobraź sobie, że tak się składa, ze ja jestem człowiekiem.- na ostatnie słowo zrobił delikatny nacisk, jakby próbował mnie uświadomić, ze nie jest wybrykiem natury, bądź też jakąś małpą z zoo.- I tak też się składa, że…
Że co? Kolejne westchnienie. Jackson, jakiś ty tajemniczy! Przerwał mi w najlepszym momencie. I wiecie co? Szliśmy dalej! Tak, robiliśmy to nadal, ale znów w kompletnej ciszy. Postanowiłam nie dać za wygraną. Musiałam to z niego wyciągnąć, choć sama powoli rozumiałam do czego brnął.
-Chcesz przez to powiedzieć, że się do mnie przywiązałeś?
Traf w dziesiątkę! Się chłopak zmieszał lekko, gdy go zapytałam. Przełknął mocno ślinę i rozluźnił krawat. Powoli odwrócił wzrok w moja stronę. I znowu to samo: walczył sam ze sobą, tam w środku. To był bolesny widok jak dla mnie.
-I tęskniłem, tęsknię…i tęsknić będę.- zakończył za mnie, dając mi do zrozumienia, że się nie mylę. Więc miałam rację. Wiecie, tak jakoś zrobiło mi się lżej na duszy. Szliśmy dalej, delikatnie się uśmiechając. Jednak nie spoglądaliśmy na siebie. Rozkoszowaliśmy się tą chwilą.
-To głupie.-odparł po kilku minutach. Spojrzałam na niego zaciekawiona.-Chciałem sam sobie wmówić, że jesteśmy tylko znajomymi. Że nic nas nie łączy oprócz czystej znajomości. A jednak się myliłem…
Uśmiechnął się słysząc swoje stwierdzenie. Ja także się uśmiechnęłam, wciąż na niego patrząc. Nie przerywałam mu. Chciałam, żeby wszystko z siebie wyrzucił. Widziałam, że gdy tak paplał wszystko to, co trzymał w sobie robił się coraz bardziej rozluźniony. Szczerze? Teraz o wiele fajniej wyglądał. No i z deka przystojniej. Szedł z rozpiętą marynarką, z rękoma w kieszeniach spodni. Jego krawat był wsadzony do jednej z kieszeni, a guziki przy kołnierzyku rozpięte. Przez przypadek kilka razy przejechał sobie ręką po włosach, pozostawiając nieład. Jego usta co chwilę wykrzywiały się w figlarnym uśmiechu. W oczach dało się dostrzec lekkie płomyki. Upajałam się tym widokiem, dopóki nie zdałam sobie sprawy, ze przystanęliśmy, a on też się we mnie wpatruje.
-Mel…-złapała go lekka chrypka.
-Tak, Jackson?- nie wiedziałam co chce mi powiedzieć, ale szczerze? Z tych ust mogłabym usłyszeć wszystko. No prawie wszystko. Tylko te dobre rzeczy. Złym pogardzam. Chłopak delikatnie odgarnął mi włosy za ucho i pogładził po policzku. Moje serce zabiło trochę szybciej. Nie wiedziałam co chciał zrobić. Nie czytałam w myślach. Nie byłam Edwardem Cullenem z powieści Stephenie Meyers. Byłam zwykłym człowiekiem, nie kreaturą z legend, baśni i mitów. Spoglądał na mnie nadal z tym swoim figlarnym uśmieszkiem, który odejmował mu kilka lat, przez co wyglądał młodziej. Nachylił się delikatnie w moja stronę, dotykając swym czołem moje. Z moich ust wydarło się delikatne westchnięcie. Czyżby on chciał…
-Czas iść do domu, Mel. Ściemnia się.- odpowiedział na moje pytanie szeptem. Popatrzyłam na niego zdziwiona, a moje usta ułożyły się w literkę O. Zaszokował mnie! A ja głupia myślałam, że on zechce…Jak ja mogłam to sobie wyobrazić! Czy ona naprawdę nie chciał mnie… Cholera!

A. Pumpkin

Third

24.maja.2009 || 22:24

Dzięki za komentarze i eee...no dobrze znoszę słowa krytyki.Po prostu,ludzie słuchajcie,to jest moja pierwsza opowieść,którą piszę bez "haczykowania się" z innymi powieściami.Fakt,lubię Stephenie Meyers,ale bez przesady-nie czerpię z niej w tym opowiadaniu żadnych pomysłów.To wszystko rodzi się w mojej głowie!Więc jeśli piszę np.zagryzła wargę to piszę to po swojemu.I de facto takie sformułowanie widziałam także w innych powieściach.No,ale tak najszczerzej "Zagryzłam wargę" czytając słowa krytyki i pruję dalej.Robie to dla was,nie dla siebie.Docencie to.Z góry dzięki...

Wasza niewzruszona-jak na razie-
A.Pumpkin

PS:Pisząc tą krótką przedmowę,na myśl przyszła mi tylko jedna piosenka:"I will survive".To śmieszne...
PS2(25 maja):I napiszcie mi w komentarzu czy akcja ma być w końcu SZYBKA czy ma się WLEC.Bo na razie to ja widzę dwa obozy i nie wiem już sama,czego się trzymać...Do zawału mnie doprowadzicie,garbate gargulce...




Albo mnie zamordują, albo zgwałcą. Albo jedno i drugie! No cóż. Rodzice mnie ostrzegali, że moje szlajanie się po okolicach kiedyś tak skończy. Poczułam jak nóż wbija mi się trochę mocniej w szyję. No to jednak to pierwsze. Ładnie! Chciałam krzyczeć, ale jakoś nie chciało mi się szybko żegnać z moim ukochanym życiem. Stałam więc, przytrzymywana przez tego intruza, ciężko oddychając. Zaczynało mi się kręcić w głowie. Jak mu zemdleję tu i teraz to łatwiej mu będzie się ze mną rozprawić. Co mi tam! Przynajmniej nie poczuję bólu. No dobra! To nie są żarty! Mam mroczki przed oczami(nie tych aktorów, oczywiście) i coraz trudniej mi złapać oddech. Zemdlenie to kwestia czasu. Cholercia! Może jeszcze przeżegnam się w duchu i nie będzie tak źle? Dobra, nie wytrzymam już dłużej. Mój organizm się poddaje. Ciemność…

-Ma sporo siniaków, ale jej nic nie będzie. Dobrze, że postanowił pan wracać z pracy przez park.
Ktoś westchnął przy moim uchu i ścisnął moją dłoń. Sporo siniaków? Fakt, czułam się obolała. Jedyne co pamiętam to nacisk ostrza na szyję i ten mocny uchwyt jakiegoś gościa. No, a potem film mi się urwał. Finito! Powieki miałam zbyt ciężkie, by je unieść. Nie wiedziałam, czy to z bólu, lenistwa lub może coś innego.
-Jak długo będzie jeszcze nieprzytomna?- ktoś zadał pytanie, a ja poznałam po głosie, że to mój ojciec.
-W zasadzie powinna się już obudzić, ale może być też prawdopodobieństwo…-odparł nieznajomy mi głos.
-Ona nie jest w śpiączce, prawda?!- zapiszczał głos mojej matki. To ona ściskała mnie za rękę.-Arturze, ona nie może być!
Usłyszałam jak ojciec ciężko wzdycha. Martwili się o mnie obydwoje. Dobra, nie będę ich trzymać w niepewności. Otworzyłam powoli oczy i pierwsze co ujrzałam to łzy na policzkach matki i jej rozszerzające się oczy. Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Cześć, mamo…
-Och, Mel! Moja córeczka!- mama rzuciła się wręcz na mnie, chcąc mnie przytulić. Jęknęłam z bólu, na co ona od razu się poderwała. Pogłaskała mnie czule po policzku i spojrzała z uśmiechem za siebie. Wędrując jej wzrokiem, natknęłam się na spojrzenie ojca. Było jak zwykle spokojne.
-Jak tam?- zagadał do mnie.
-Hmm…jakoś…- wzruszyłam delikatnie ramionami, co odbiło mi się bólem.-Ale mnie boli…
Tata puścił do mnie oczko, po czym komuś podał rękę. Obróciłam twarz i ujrzałam znikający za progiem fartuch.
-Lekarz?
-Doktor przybył Ciebie zbadać, misiaczku.-zaszczebiotała do mnie mama, przy czym na nią spojrzałam.-Uważa, ze nic ci nie jest, masz tylko siniaki. Och, Mel! Gdyby nie tata…
Głos się jej załamał, gdy to powiedziała. Odwróciła głowę do szafki, by ukryć łzy, a ja tylko na tym skorzystałam. Spojrzałam na ojca i wypowiedziałam bezgłośnie „Dziękuję”, na co on tylko skinął znacząco głową i wyszedł. Moja kochana mamusia pomęczyła mnie swoją osobą jeszcze jakieś piętnaście minut, po czym wyszła mamrocząc coś o obiedzie. Ja natomiast odwróciłam wzrok w stronę okna i leżałam tak bez ruchu myśląc o różnych rzeczach. Myślałam też o Jacskonie, choć od tego moje serce zaczynało krzyczeć z bólu. Starałam się więc zakryć go innymi myślami. Zastanawiałam się czy będę chodzić do szkoły, czy moje przyjaciółki już wiedzą, jak ze ślubem siostry. Miałam tyle pytań do świata, ale był jeszcze na to czas. Zamknęłam oczy, by oddać się w objęcia Morfeusza.

Nie wiem ile spała, ale gdy się obudziłam poczułam miły zapach róż i usłyszałam jak ktoś krząta się po moim pokoju. Otworzyłam oczy i ujrzałam swoją mamę. Ale się stęskniłam…
-O, cześć skarbie.- przywitała mnie z uśmiechem.
-He-ej…- zamrugałam oczami.-Co tak…gdzie…
Obróciłam głowę i ujrzałam wazon z pięknymi, świeżymi różami stojący na mojej nocnej szafce.
-Był tu Twój przyjaciel.-zachichotała mama, widząc moje zdziwione spojrzenie.-Przyniósł kwiaty i mamrotał coś niezrozumiałego o przeprosinach i nadziei, że szybko wrócisz do zdrowia.
Zastanawiałam się cały czas, któż to mógł być.
-Jak on wyglądał?- spytałam, przypatrując się matce z ciekawością. Wyglądała na zadowoloną.
-Wysoki brunet. Ubrany był w czarny płaszcz…-mama wymieniała ze spokojem w głosie.-Och, i miał takie ciemne oczy. Gdzie ty go znalazłaś?
Zapominając o bólu, podniosłam się szybko do pozycji siedzącej. Skąd on wiedział, gdzie mieszkam?
-Wszystko w porządku, kochanie?- mama wyglądała na przestraszoną. Pokiwałam delikatnie głową, patrząc zszokowana przed siebie. Jak, do cholery, on się dowiedział? Albo Cindy, choć to wątpliwe, albo Marco, właściciel kawiarni, który dobrze znał mój adres. Mniejsza o to, od kogo. Ważniejsze było to, że Jackson tu był i wiedział, gdzie mieszkam.

Chodziłam w te i z powrotem po pokoju. Miałam na rękach jeszcze kilka siniaków, ale byłam już w stanie poruszać się o własnych siłach. Jackson wpadł jeszcze raz do mnie, ale wtedy byłam już przytomna. Siedział przy moim łóżku przez dwadzieścia minut, w ciszy i ze spuszczona głową. Na koniec wymamrotał tylko „przepraszam”, po czym wyszedł. Dowiedziałam się także przez telefon, że to Marco podał mu mój adres. Byłam na niego wściekła, ale i w głębi duszy się radowałam. Dręczyło mnie jednak co innego. Po co chłopakowi był potrzebny mój adres, skoro i tak widział nas jako starych, dobrych znajomych? Ja jakoś nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Szczerze? Wolałabym już go w ogóle nie znać. Oczywiście, dopiero wczoraj się dowiedziałam, że na dziś Jackson został zaproszony przez moich rodziców na obiad. Z grzeczności nie odmówił. Nie wiem, po co ja to zrobiłam? Nie lubiłam nosić sukienek, a miałam ich kilka w szafie- dzięki mojej kochanej mamusi. No, ale zapewne jesteście ciekawi co ja takiego zrobiłam? Nie domyślacie się? Otóż założyłam swoją najlepszą sukienkę, rozpuściłam włosy, wpinając w nie po dwie wsuwki z lewej i prawej strony. Nałożyłam też swoją biżuterię, której nie noszę na co dzień. Innymi słowy: wypindrzyłam się jak lala! Nagle po całym domu rozległ się odgłos dzwonka do drzwi, a po chwili usłyszałam głos mamy.
-Melanie, zejdź przywitać się z gościem!
Mając nogi niczym z galarety, wymaszerowałam z podniesioną głową z pokoju.

A. Pumpkin

Second

21.maja.2009 || 18:43

Dzisiejszy dzień mogłam zapisać w pamiętniku(o ile bym go prowadziła) jako do dupy. Dostałam szlaban na wychodzenie z domu od matki, który i tak olewam. Siostra wydarła się, że ja za wszelką cenę chce zniszczyć jej życie, jakby ono mnie w ogóle interesowało. Z historii dostałam kolejną kosę. A, no i znowu padał deszcz, a ja nie miałam parasolki. Szłam powoli po chodniku w strugach deszczu, przemoczona do suchej nitki. Na szczęście tylko kilka kroków dzieliło mnie od suchego miejsca. Szczerze? Nie wierzyłam, że znów ujrzę Jacksona. Wątpiłam, że on tam będzie. Seryjnie! Gdy weszłam do zatłoczonej bardziej niż zwykle kawiarni, zamurowało mnie. Siedział tam, ale jakiś ponury. I wtedy ją ujrzałam. Krótka spódniczka od uniformu, cycki prawie na wierzchu, dodatkowe kilogramy tapety i takie tam inne. U Cindy miesiącami można było wymieniać, co się na niej znajduje. Siedziała koło niego, wesoło szczebiotają w jego stronę, a on…Zaśmiałam się w duchu. On siedział z taką miną, jakby zaraz miał puścić pawia. Ruszyłam szybko w jego stronę, zdejmując po drodze z ramienia torbę.
-Cześć. Sorry za spóźnienie. Lekcje i takie tam…-odparłam, gdy tylko do nich dotarłam. Twarz Jacksona nagle nabrała kolorów. Spojrzał na mnie z uśmiechem, po czym na Cindy i znów na mnie błagalnym wzrokiem. Zrozumiałam od razu o co mu chodziło. Jego wzrok mówił „Musiałem to znosić. Zabierz to coś ode mnie.” Zachichotałam lekko, po czym usiadłam naprzeciwko nich.
-Średnią cappucino, poproszę.-zwróciłam się do Cindy stanowczym głosem, bo ona darła mordę na prawie całe pomieszczenie. Spojrzała na mnie złowrogo, po czym wróciła do dalszej paplaniny w stronę Jacksona.
-Kierownik?- zadałam retoryczne pytanie od niechcenia. Podziałało. Idiotka westchnęła ciężko, po czym wstała i odeszła w stronę kasy. Jackson popatrzył chwilę za nią z ponurą miną, po czym odwrócił się do mnie z uśmiechem.
-Dzięki.- szepnął, klepiąc mnie po ręce. Uniosłam delikatnie kąciki ust w odpowiedzi. Mężczyzna podsuną się do okna i położył na wolnym miejscu swój płaszcz i niewielki plecak, którego wczoraj ze sobą nie miał. Domyśliłam się o co mu chodzi. Nie chciał, by ta debilka usiadła znów przy tym stoliku. No to co miałam zrobić? Także podsunęłam się w stronę okna, a obok siebie ułożyłam mokry płaszcz i torbę szkolną. Cindy wróciła po chwili z moja filiżanką i zszokowana wróciła do siebie. Ona miała prawie łzy w oczach. Nie wiedziałam czy to ze złości, czy smutku. Zaśmiałam się w duchu. Wiem, że to mogło być chamskie, ale szczerze cizi nienawidziłam.
-Jak minął dzień?- spytał mnie chłopak.
-Jakoś zleci, choć nie najlepiej.- odpowiedziałam wzruszając ramionami. Uśmiechnął się delikatnie.
-Pogoda?- wskazał czołem na okno. Przytaknęłam ochoczo, po czym wzięłam łyka kawy. Szczerze? Siedzieliśmy w ciszy, wciąż na siebie spoglądając. Przy Jacskonie czułam się tak, jakbyśmy nie potrzebowali słów, by się porozumieć. Wydało mi się, że może to być mężczyzna, z którym mogłabym być. Nigdy nie myślałam o mieniu chłopaka. Nie wierzycie? Mówię serio, serio. Nigdy nie miałam tej najbliższej, bratniej duszy. Wolałam być samotna. Już na samą myśl o związkach zbierało mi się na wymioty, a była to zasługa moich koleżanek. Wierzcie mi, też byście tak mieli, gdybyście musieli wysłuchiwać w kółko, że chłopak ją zdradził, chłopak ją rzucił, chłopak to, chłopak tamto i takie tam. A potem podawanie tylko chusteczek, bo kumpela wpadała w histerię i zaczynały się problemy pod tytułem „Mam kompleks”. Ale Jackson wydawał mi się być inny. Byłam wciąż ciekawa, co się teraz dzieje w jego głowie. Bo w mojej rozpętała się burza.
-Masz ładne oczy…- odparł niespodziewanie, po długiej ciszy. Natychmiast poczułam jak policzki robią mi się gorące. Spuściłam wzrok i wymamrotałam coś co miało brzmieć jak „dziękuję”. Mieliście kiedyś coś takiego, że jak ktoś was dotykał to przechodził prąd? No to ja właśnie czegoś takiego doświadczyłam. Poczułam jak na policzku wybucha mi prawdziwy ogień, gdy mnie dotknął koniuszkami palców. Spojrzałam na niego w zaskoczeniu.
-Przepraszam…-wymamrotał, zabierając szybko rękę i wpatrując się w okno. A więc jednak! Skubaniec chyba czuł to samo co ja! Wiedziałam, że to musi być miłość. Serce mi się wyrywało z piersi, a moje ciało chciało przylgnąć do niego. Chciałam być jak najbliżej niego, ale to chyba nie było mi na razie dozwolone. Nie byliśmy parą. Znaliśmy się zaledwie jeden dzień i to nie cały. Spojrzałam na niego ukradkiem. Był speszony. Widziałam, jak nie wie co zrobić ze swymi rękoma. Spojrzał na mnie i zakłuło mnie w środku. Patrzył na mnie takim smutnym wzrokiem, że nie wiedziałam co powiedzieć. To wyglądało tak, jakby chciał, ale nie mógł.
-Jackson…-szepnęłam, z deka przerażona tym widokiem. Pokręcił tylko przecząco głową, przygryzł wargę i spuścił wzrok. Nie wiedziałam, czy będzie dobrze jak zrobię to co zamierzałam. Wyciągnęłam rękę spod stołu i dotknęłam jego dłoni. Podniósł szybko głowę i spojrzał na mnie. Znowu mnie przeszył ogień. Moja skóra jakby płonęła pod wpływem jego dotyku. Pogładził mnie delikatnie kciukiem po zewnętrznej stronie dłoni. Poczułam się jakbym miała zaraz eksplodować. No i wiecie co? Siedzieliśmy tak razem i rozmawialiśmy na wiele tematów. Ja mu opowiadałam o swojej rodzinie i szkole. On natomiast opowiedział mi o swojej kochającej matce, dla której zrobiłby wszystko i o tym jak wyglądało teraz jego życie. Dowiedziałam się, że jest artystą i maluje obrazy na wystawy.
-To monotonna praca, ale dobrze płatna.- uśmiechnął się mówiąc to i pogładził mnie wskazującym palcem po wewnętrznej stronie dłoni.
-Czy mogłabym…mogłabym kiedyś wpaść do Ciebie i obejrzeć Twoje prace?- spytałam, patrząc na niego z nadzieją. Nagle puścił moją dłoń i schował ręce pod stołem.
-Wątpię, by to był dobry pomysł, Mel. Nie…to nie jest dobry pomysł.
Zauważyłam, że był delikatnie zmieszany. O co mu chodziło? Dlaczego nie mogłam go odwiedzić? Coś mi tu brzydko pachniało i nie była to ryba, którą pochłaniał facet obok.
-Ale…- głos mi się lekko załamał.- Ale dlaczego, Jackson? Dlaczego?
Poczułam jak do moich oczu napływają łzy. To wszystko było dla mnie takie nowe. To uczucie, te reakcje. Nigdy taka nie byłam. Chłopak widząc moja reakcję, szybko pochwycił moją dłoń i zaczął ją delikatnie głaskać. Przygryzłam dolną wargę. Pomyślałam, że to pomoże mi się powstrzymać od wypłynięcia łez na policzki.
-Mel, proszę…- w jego głosie dało się słyszeć cierpienie. Nie byłam w stanie na niego spojrzeć.- Proszę cię, nie płacz. Po prostu mi nie wolno. Wierz mi, naprawdę bym chciał. Ale ty jesteś taka młoda. Kośby jeszcze pomyślał, że sprowadzam ciebie do siebie w nieczystych planach.
Spojrzałam na niego zlękniona. O co mu, do cholery, chodziło? Przecież on musiał być tylko dwa lata ode mnie starszy! Na więcej mi nie wyglądał.
-Ale przecież…niby jak?- głoś mi delikatnie zadrżał. Jackson ścisnął delikatnie moją dłoń.-Przecież jesteśmy prawie w tym samym wieku. Nikt by się o nic nie czepiał.
Spuścił wzrok, wpatrując się w moją dłoń i westchnął. Coś go naprawdę gryzło.
-Mel, och moja malutka Mel.- słyszałam po jego głosie, jak walczy sam ze sobą w środku.-Melanie…pomiędzy mną, a tobą jest bardzo spora różnica wieku.
Dziesięć lat!
Te słowa odbiły mi się o ściany głowy. Więc o to mu chodziło! Poczułam, jak po policzkach spływają mi łzy. Miał racje. Pomiędzy nami była bardzo duża różnica wieku. Całe dziesięć lat. Jackson wytarł zewnętrzną stroną dłoni łzy z mojego policzka, ale po chwili spłynęły kolejne. Dziesięć lat! Ale ja go kochałam. Nie chce nikogo innego. Chce tylko jego. Mojego Jacksona. Spojrzałam na niego.
-Jackson…- wyszeptałam w jego stronę, ledwo widząc przez łzy w oczach. Widziałam w jego oczach ból i smutek. On musiał czuć to samo! Nie było innego wyjścia!
-Melanie, tak…tak mi przykro…
-Nie psuj tego…błagam cię, nie psuj….-głos coraz bardziej mi się załamywał. Chłopak delikatnie dotknął mojego policzka, że teraz na jego dłoń spływały moje łzy.
-Naprawdę, Mel...wybacz mi.
Moje serce pękło na dwoje. Więc tylko tyle potrafił? Nie potrafił walczyć o naszą miłość? Odepchnęłam jego rękę, po czym uchwyciłam płaszcz i torbę. Zerwałam się szybko z miejsca, zakładając jedyną ochronę przed deszczem.
-Melanie!
Wybiegłam na ulicę. Na zewnątrz rozpętała się ulewa. Nie obchodziło mnie to. Chciałam jak najdalej znaleźć się od tego miejsca. Biegłam aż do parku, gdzie przystanęłam pod drzewem i się o nie oparłam. Krople deszczu spływające mi z włosów mieszały się z moimi łzami. Nigdy tego nie doświadczyłam, ale ból był nie do zniesienia. Jeszcze kilkanaście minut temu mogłam nazywać tego człowieka moim Jacksonem. Teraz…teraz nie chciałam go już znać. Nagle od tyłu złapała mnie jakaś wielka dłoń, a na szyi poczułam ostrze. Ktoś przystawiał mi nóż do gardła!
-Piśnij słówkiem, a pożegnasz się z życiem…
Szczerze? Teraz to wolałabym siedzieć w kawiarni. Cholernie się bałam!

A. Pumpkin

First

20.maja.2009 || 22:27

Kap, kap, kap!
Dobra, to się robi durne. Nie mam nic innego do roboty tylko wsłuchiwać się w odgłos kropelek spadających na okno. A pogoda i tak już jest powalona. Ludzie! To się przecież ciągnie już od cholernego tygodnia. I jak tu szajby nie dostać?
Kap, kap, kap!
Nie, no ja chyba zwariuje! Uciekłam z domu do tej kawiarenki tylko po to, aby odpocząć od nieustającego tam harmidru. Otóż, proszę sobie wyobrazić, od dokładnie tego przeklętego, deszczowego tygodnia moja ukochana, starsza siostra przygotowuje się do swego rychłego ślubu. Pewnie człowiek by się zastanawiał o co dokładnie mi chodzi. Czy jestem zazdrosna? Czy nie chcę by wyszła za tego tępaka? Niech robi co chce! Im szybciej się jej pozbędę z domu, tym lepiej. Przynajmniej święty spokój będzie. No, ale wracając do tematu to właśnie przez to całe przygotowywanie do tego piekielnego ślubu nie jestem w stanie znaleźć spokoju we własnym domu. Phi! Ojczulkowi przynajmniej udało się uciec od tego, zamykając się w bibliotece. To jedyne miejsce, gdzie matka i siostra nie są w stanie zajrzeć. Ale mój pokój to co innego. Otóż za każdym razem, gdy zabierałam się za: odrabianie lekcji, uczenie się, granie na gitarze, siedzenie na kompie, paplaniem z przyjaciółkami przez komę, słuchanie muzyki czy też czytanie książki, drzwi do mego królestwa otwierały się z hukiem. Gdy już opadał ten tzw. kurz, w drzwiach ukazywały się dwie znienawidzone ostatnimi czasy przeze mnie osoby: moja mamuśka i siostrunia. No i zaczynałam być obsypywana pytaniami.
Kap, kap, kap!
No, a już tak gdzieś od…trzech dni bodajże codziennie po szkole przesiaduje w tej kawiarni, unikając domu. Czy jestem tak w stanie robić? Byleby do usranej śmierci! No cóż, takie życie. Mnie bynajmniej to nie przeszkadza. Och, a tak w ogóle nie powiedziałam wam kim jestem. No więc, nazywam się Mel, a w pełni Melanie Sarah Caroline Viston. Tak, tak. Moi rodzice są z tych co uwielbiają krzywdzić swoje dzieci. Albo dają bachorowi jakieś posrane imię typu Słońce Oceanu, Burza nad Polem Ornym, Fiołkowy Wschód czy też Plantacja Ryżu, albo tak jak w moim przypadku kupę niepotrzebnych imion. Ja używam tylko jedynego, ale i tak w skróconej wersji. Te moje Sary i Caroliny nie są mi potrzebne. Gdy się przedstawiam mówię „jestem Mel”, albo „nazywam się Melanie Viston” i nic więcej. No, ale nie myślcie, że tylko ja zostałam, że się tak wyrażę, zgwałcona przez własnych rodziców. Moją siostrę też to dotknęło. Jedyne na co czekam to nie ślub czy wesele, lecz mina księdza, gdy będzie pytał „czy ty Victorio Liso Mathildo Jessico Viston bierzesz…”. Jeśli to zobaczę po za swymi myślami, to będę się tarzać ze śmiechu na kościelnej podłodze. Mojej siostrze zabrakło Manueli, Laurency i Bóg jeden wie czego tam jeszcze.
Kap, kap, kap!
Spojrzałam na mokre od deszczu okno, jakby to miało zabić odgłos kropelek uderzających o szybę. No, ale gdy się tak zagapiłam na te kropelki, co innego przykuło moją uwagę. Wysoki brunet w krótkim, czarnym płaszczyku z podniesionym kołnierzem i z rękoma w kieszeniach. Szedł dość szybko po drugiej stronie ulicy, po czym zniknął w pobliskim pubie. Jeszcze długo mogłabym się tak przypatrywać, czekać aż on wyjdzie, ale było już na to za późno. Musiałam jak najszybciej znaleźć się w swoim domu, w swoim pokoju, w towarzystwie swojej rodzicielki i siostry. Założyłam płaszcz, zarzuciłam torbę na ramię i chwyciwszy parasol w rękę ruszyłam do wyjścia.

Lubicie dobre wiadomości? Ja uwielbiam! A taką właśnie dzisiaj z rana dostałam. Nie, moja siostra nie odwołała ślubu. On się nadal odbędzie, niestety. Ale przestało padać. Niebo dziś było czyste i bez żadnego zagrożenia w postaci deszczu. Oczywiście tata trochę się zaciekawił, gdzie ja się podziewam po szkole. Teraz przynajmniej już wiedział, ale nie zamierzał opuszczać swojej biblioteki. Tam on czuł się bezpiecznie. A ja tu. Przy moim stoliczku, stałym stoliczku. Właśnie zaczynałam rysować jakiegoś ludka w swoim zeszycie od trygonometrii, gdy zabrzęczał dzwoneczek nad drzwiami obwieszczający wejście klienta, bądź jego wyjście. Już z przyzwyczajenia podniosłam głowę, by rzucić okiem na ludzi i mnie zamurowało. To był ten facet! Ten sam, co wczoraj wszedł do pubu. Mężczyzna zdjął płacz i położył go na restauracyjnej sofie, po czym się wygodnie usadowił. Miałam na niego dobry widok, bo siedział akurat naprzeciwko mnie,przy sąsiednim stoliku. Był brunetem, przystojnym brunetem. Na twarzy malował mu się błogi spokój. Oczy miał koloru ciemnego brązu. Mogłabym się w nich utopić. Mężczyzna ów zaczął się rozglądać po kawiarni znad karty menu i natrafił na moje spojrzenie. Zanim szybko spuściłam wzrok na kartkę zeszytu, zobaczyłam zdziwienie na jego twarzy. Może nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś się na niego gapił? Sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Wzięłam dwa głębokie oddechy i podniosłam lekko wzrok. Facet wpatrywał się w menu, jakby nigdy nic. Ale nie. Zaraz. Czy on się uśmiechał? Tak, kącik jego ust był lekko uniesiony, niczym do uśmiechu. To była tak zauważalna zmiana na jego twarzy. Spojrzałam na chwilę na swoją kawę, a gdy znów podniosłam wzrok na niego, ujrzałam, że jego karta menu leży złożona pod jego rękoma, a on się na mnie gapi. No koleś się na mnie lampi normalnie! Rozszerzyłam oczy w zdumieniu i czując, że się czerwienię spuściłam wzrok. Usłyszałam cichy chichot, a po chwili koło mnie przemknęła młodziutka kelnereczka. Kątem oka dostrzegłam, że podchodzi do boskiego faceta. No tak. Niejaka Cindy, miejscowa podrywaczka. Wszystkich przystojniaczków miała już obcykanych w tym miejscu. No z wyjątkiem tego bruneta. Wiedziałam ,że nieładnie podsłuchiwać, ale byłam taka ciekawa…
-Coś panu podać?- zaszczebiotała kretynka.
Lekkie westchnienie, szelest przewracanych kartek, głośne zamknięcie menu, po czym położenie jego na stole. Ze słuchu znałam te ruchy, nie patrzyłam na niego, nie byłam w stanie.
-Małą czarną…-odparł głębokim i spokojnym głosem.-…proszę.
Ostatnie słowo wypowiedział, jakby się silił na grzeczność. Idiotka przemknęła znowu obok mnie, tak kręcąc swoi tyłkiem, że mogłaby postrącać wszystko i wszystkich dookoła siebie ze swoich miejsc. Powiodłam za nią wzrokiem i lekko prychnęłam. Głupia baba! Odwróciłam się z powrotem do zeszytu i zaczęłam w nim bazgrać. Taki codzienny rytuał. Gdy brałam łyka kawy, postanowiłam jeszcze raz rzucić okiem na przybysza. No i to był błąd, bo mało się nie zakrztusiłam. Albo koleś nie miał co ze sobą zrobić, albo już nie wiem co go ugryzło. Normalnie się wciąż na mnie gapił! Co ja eksponat w zoo?! Odstawiłam kawę na stół, wycierając usta chusteczką. Zobaczyłam jak lekko się uśmiecha i mruży oczy. Odwróciłam wzrok do okna, wystukując ołówkiem jakiś bliżej nieokreślony rytm o zeszyt.
-Mogę się przysiąść?- usłyszałam nad sobą znajomy głos. Mężczyzna trzymał po pachą swój płaszcz i patrzył na mnie z uśmiechem. Nie potrafiłam nic powiedzieć, wiec tylko kiwnęłam głową. Chłopak usiadł naprzeciwko mnie i popatrzył na mój zeszyt do trygonometrii.
-Szkicujesz?- zapytał, spoglądając szybko na mnie. Znowu kiwnęłam głową. No zachowywałam się jak kretynka! Cindy przyszła z jego zamówieniem. Zanim odeszła obdarzyła go czarującym uśmiechem, a mnie zlustrowała. Z moich ust wydarło się lekkie westchnienie.
-Przeszkodziłem Ci?
A on wciąż zadawał mi pytania. Postanowiłam jednak się odezwać. Co będzie jak się znudzi i odejdzie? Nie, na to nie mogłam pozwolić.
-Nie, skąd znowu.- odparłam, siląc się na beztroski ton. Uśmiechnął się trochę szerzej. Boże, ile on mógł mieć lat?
-Przepraszam, nie przedstawiłem się.- odparł, luzacko opierając się o oparcie sofy.- Jestem Jackson. A ty to…
-Mel…- odparłam wzruszając ramionami. Uśmiechnął się do mnie jeszcze szerzej. Wstrzymałam dyskretnie oddech, by nie mógł zauważyć.
-Ach, Mel. Ładne imię.- z jego piersi wyrwało się delikatnie westchnienie.- Gdzie studiujesz, Mel?
Studiuje? Wziął mnie za studentkę! Skubany! Parsknęłam śmiechem, na co on popatrzył na mnie zdziwiony. Spojrzałam z uśmiechem na szybę, po czym znów na niego.
-Ja nie studiuję.- odparłam, powstrzymując się od śmiechu.- Ja się uczę.
-Ach…-wydał mi się lekko zszokowany.-Wiem, że nie wypada…ale ile ty masz lat?
No tak. Chociaż był grzeczny i powiedział, że nie wypada pytać kobiet o wiek. No, ale skoro mu było to potrzebne, choć nie wiedziałam do czego.
-Osiemnaście.
-Osiemn…-zatkało go, no normalnie go zatkało.- Dziesięć lat…-mruknął sam do siebie.
-Słucham?
-Nie, nic.
Nagle, jakby wyrosła spod ziemi, pojawiła się obok nas Cindy ze swoim sztucznym uśmiechem, pazurkami…ona cała była sztuczna.
-Podać panu coś jeszcze?- zaszczebiotała. Spojrzał na nią obojętnie, co ją lekko zmieszało. Ha! Miała za swoje.
-Nie.- odparł szybko spoglądając na mnie. Wydawało mi się, jakby tylko w stosunku do mnie starał się być kulturalny.
-Słucham?- Cindy nie udawała głupiej. Ona jest głupia!
-Powiedziałem nie.- wycedził przez zęby Jackson. Dziewczyna lekko zmieszana oddaliła się do kasy, zostawiając nas na powrót samych. Spojrzałam na zegarek i jęknęłam. Nie uszło to jego uwadze.
-Czy coś…nie tak?- wydawał mi się zmieszany. Pokręciłam przecząco głową, chowając ołówek i zeszyt do torby, po czym ja zamknęłam.
-Musze iść…-odparłam łamiącym się głosem. Wypiłam do końca swoją kawę i gdy odstawiałam już filiżankę, poczułam jego rękę na mojej.
-Oby do zobaczenia jutro.- szepnął wpatrując się we mnie. Zaczerwieniłam się lekko i skinęłam głową na potwierdzenie. Chwyciłam swój płaszcz i torbę i wybiegłam z kawiarni, gnając na złamanie karku do domu. Biegnąc myślałam tylko o jednym. Że jutro znów go zobaczę. Znów zobaczę. Paranoja!

A. Pumpkin

. menu .



Zalinkuj

. Thirst .Za tropem...Historia Elizabeth.Will you love meCiudad de la muerte...eat you alive.Mała, bezsenna Betsy.

Pobrano z: Scjena3.prv.pl Wykonanie: Ewelina S. Foto: D.

. x x x .

x - Home

x - Book

x - Fav

x - About

x -Reserved

. x x x .